czwartek, 28 grudnia 2017

Co obejrzeć w Sylwestra?

31 grudnia to dzień, w którym presja robienia czegoś nadzwyczajnego jest nadzwyczajnie nie do zniesienia. Z drugiej strony coraz więcej osób wybiera opcję przespania tego bardzo przereklamowanego dnia. Nie Wierzę w Życie PozaFilmowe ma dla Was kompromis - nadrabianie filmowego roku 2017!  Nie będziecie co prawda robić rzeczy nadzwyczajnych, chociaż część filmów, które Wam na tę noc polecimy jest nadzwyczajna, ale będziecie robić coś. Jeśli zmorzy Was przy tym sen, to sobie po prostu prześpicie. W to ostatnie szczerzę wątpię, bo staraliśmy się dobrać filmy, które zdecydowanie od usypiania są dalekie. Propozycje są różne, to co je łączy to adrenalina i spora dawka napięcia. Zaczynamy!

Pozycją obowiązkową jest 'Baby Driver'. Mnóstwo pościgów, wspaniały soundtrack, sporo humoru i niesamowity rytm. Sceny idealnie bujają się do retro piosenek, których w filmie jest mnóstwo. Reżyserowi udało się osiągnąć niepowtarzalny klimat. Stare Chevrolety, typowo amerykańskie bary z chamsko żującymi gumę kelnerkami - te lata 90-te które tak w kinie kochamy. Ten film to trochę 'Pulp Fiction', trochę 'La La Land', a trochę 'Drive' z Ryanem Goslingiem, tylko podrasowany, znacznie bardziej energetyczny i pełny życia. To połączenie wydaje się zabójcze. I jest - zabójcze dla nudy.  'Hit me BABY one more time' chce się wykrzyczeć po seansie...


Ciekawą alternatywą dla cedzącego co roku w Polsacie 'Yippee-ki-yay, motherfucker' Johna McClane'a w 'Szklanej pułapce' jest 'Atomic Blonde'. Kobiety w 'Atomic Blonde' zachwycają się wysmakowanymi kreacjami Charlize Theron, mężczyźni rozbudowanymi i efektownymi scenami mordobicia. Wszyscy razem są pod wrażeniem przepięknych zdjęć, doskonałego soundtracku i przede wszystkim idealnie zbudowanego klimatu zimnowojennych czasów, który spina film w niezwykle spójną całość, nadając mu komiksowy, trochę neonowy charakter. Agenci są tu superbohaterami, których nie imają się kule i są w stanie przyjąć ilość ciosów, po której całe Avengers miało by problemy, żeby się podnieść. Tak w dużym skrócie, bo co się będę rozpisywał, można opisać ten film - na scenariuszowe niedociągnięcia przymykam oko. Tempo i dynamit w filmie rekompensują wszystko. E tam, dynamit - ATOM!


Warto również nadrobić film 'Uciekaj!' - wielką niespodziankę najpierw tegorocznego amerykańskiego Box Office'u, a teraz również sezonu nagród. Wszystko wskazuje na to, że posypią się także Oscary. To zaskakujące, bo film początkowo traktowany był jak niskobudżetowy slasher.  'Uciekaj' ze standardowym slasherem ma jednak niewiele wspólnego. Debiutujący w fotelu reżysera Jordan Peele, tworzy mięsistą satyrę, bezlitośnie wyśmiewającą wciąż obecne podziały rasowe współczesnej Ameryki. Sprawnie posługując się subwersją, odkrywa mistrzowskie napięcie w obawach czarnych ludzi przed białymi ludźmi obawiającymi się czarnych. Reżyser tworzy naprawdę nowoczesny i przede wszystkim dobry horror. Udaje mu się uniknąć traktowania postaci po macoszemu, kliszami bawi się w najlepsze, robiąc z nich atuty filmu. 'Uciekaj' straszy, śmieszy, zmusza do myślenia i wprawia w zakłopotanie. Idealna kombinacja na tę ostatnią w roku noc!


Zasnąć nie pozwoli Wam również 'Split' ze świetnymi rolami Jamesa McAvoya (24 różne osobowości aktora robią wrażenie) i Anyi Taylor-Joy. Reżyser filmu, M. Night Shyamalan, twórca kultowego 'Szóstego zmysłu' dawno już nie był w tak dobrej formie. Jego znakiem rozpoznawczym są Mindfucki - filmy wywracające do góry nogami w końcówce całe przekonanie o tym, co nam się wydaje że zobaczyliśmy w filmie. System ten nie zawodzi również w 'Split'. Zanim jednak odkryje wszystkie karty, potrzyma Was za gardło niemal od pierwszej minuty filmu.


Na koniec nieco lżejsza, ale również pełna napięcia, emocji i humoru propozycja. 'Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie' przypomina trochę twórczość późnego Polańskiego ('Rzeź', czy 'Venus w futrze'). Zamknięta przestrzeń, trochę teatralna struktura i napięcie budowane z każdą minutą. Bo to niby komedia, a ręce pocą się tak, jakby to Twój telefon leżał na stole... Faktycznie zabawnych momentów w filmie nie brakuje. Są przeplatane celną obserwacją współczesnych relacji, zarówno tych partnerskich, jak i po prostu przyjacielskich. Twórcy bez ogródek wytykają nam hipokryzję, łatwość w osądzaniu innych, kłamstwa, obłudę, brak szczerości. Ten film jest także świetną propozycją do obejrzenia w szerszym gronie. Telefony zostawcie jednak lepiej w kieszeni - tak na wszelki wypadek....



poniedziałek, 13 listopada 2017

Perły przed wieprze

Darren Aronofsky to jeden z nielicznych reżyserów posiadających autentyczne jaja! Jego odwaga i konsekwencja w przenoszeniu do mainstreamowego kina twórczości tak trudnej, tak wymagającej, tak bardzo nie dla każdego, jest godna podziwu. Jeśli dodać trochę autoodniesień i garść inspiracji wielkimi mistrzami, dostajemy jeden z najciekawszych, najbardziej niepokojących, ale również (niestety) jeden z najbardziej niezrozumiałych filmów mijającego roku. Perły przed wieprze?


Fascynacja Aronofsky-ego Romanem Polańskim jest powszechnie znana. Cała kampania filmu, jak i jego początek, delikatnie sugerowały, że będziemy mieli do czynienia ze sporą inspiracją tzw. 'trylogią apartamentową', szczególnie 'Dzieckiem Rosemary'. Reżyser szybko rozwiewa wątpliwości, że inspiracja owszem, ale ten film to znacznie więcej. 'mother!' przepełniona jest bowiem wspaniałą symboliką. Począwszy od tego najbardziej jaskrawego, biblijnego nawiązania, historii stworzenia świata, historii ludzkości, poprzez sztukę, popularność, sławę, po macierzyństwo i patriarchat. 

Mamy tu bowiem głównego bohatera, Poetę - 'boga' (Bardem). Ogarniętego rządzą, ale i presją tworzenia. Kobieta (Lawrence) zostaje sprowadzona do roli gospodyni. Podporządkowana starszemu mężczyźnie, ma dbać o ognisko domowe (dom symbolizuje tu Ziemię), wspierać go i urodzić mu wspaniałego potomka. Trochę 'Matka natura', inspiracja dla Poety, 'boga' do tworzenia. Traktowana jedynie jako narzędzie, wykorzystana i zdeptana przez ludzi, których on bez pytania wpuścił do ich świata. Sprzedana za odrobinę uwagi, splendoru, który z czasem przeradza się w kult i uwielbienie. Poeta się zatraca.

Doskonale odnajduje się tu para bohaterów drugoplanowych - schorowany 'Adam' (Ed Harris) i  podstarzała 'Ewa' (rewelacyjna Michelle Pfeiffer). Wygnani z raju (w ich przypadku rajem była młodzieńcza, szalona miłość, bez dzieci, bez zobowiązań), muszą toczyć trudne życie zwykłych śmiertelników, wydając na świat synów 'Kaina' i 'Abla' - ich historię każdy zna. W rezultacie poznajemy ich, gdy on jest jedną nogą nad grobem, a ona targana nałogami, krąży po świecie głównych bohaterów, niczym mitologiczna harpia. To Poeta - 'bóg' wpuszcza ich do swojego świata, dając początek kolejnym wydarzeniom. 

Wreszcie 'mother!' jest przejawem głębokiej autoironii Aronofsky-ego. On sam, podobnie jak grany przez Bardema Poeta, jest artystą w średnim wieku, związanym ze znacznie młodszą kobietą. To nie przypadek, że gra ją Jennifer Lawrence, która jest również życiową partnerką reżysera. Aronofsky rozumie okrucieństwo geniuszu, wie co podsyca i wspiera kreatywność. Nie pozwala widzowi nawet przez minutę poczuć się komfortowo w kinowym fotelu. Tworzy film odurzający, przesuwający każdą możliwą granicę. W dziki i nieskrępowany sposób, nadaje kształt istocie tworzenia i zniszczenia. Chaosowi, który wciąż nas otacza. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz...

mother! (2017) reż. D. Aronofsky

czwartek, 26 października 2017

Prêt-à-Tarte

Jest w 'A Ghost Story' scena, w której załamana Rooney Mara, siedząc w kuchni na podłodze, agresywnie pożera przyniesioną jej przez znajomą tartę. Wiemy doskonale, że to jej pierwszy posiłek od śmierci ukochanego. Nie czuła głodu. Nie czuła niczego, prócz żalu. Widzimy jej puste spojrzenie, niemal czujemy kolejne kęsy mechanicznie przeżuwanego jedzenia, które pozbawione jest zupełnie smaku. Bo w tej chwili nic nie ma smaku. Nic nie ma żadnej wartości. W jej głowie są tylko wspomnienia. Każdy fragment podłogi, każdy kęs przywołuje dobre, lub złe chwile z Nim. Uświadamia sobie, że nie wrócą. Wybucha wtedy płaczem. Jeszcze bardziej nerwowo pochłania tartę. 

Taka właśnie jest pierwsza twarz 'A Ghost Story'. To film bardzo nieśpieszny. Powolne obrazy przeprowadzają nas przez kolejne etapy radzenia sobie ze stratą kogoś najbliższego na świecie. Ów brak pośpiechu tworzy niezwykle intymny zapis tego długiego i mozolnego procesu. Przeciągnięte, niemal pozbawione dialogów sceny pozwalają nam wczuć się w sytuacje bohaterki na tyle, na ile to możliwe przez kinowy ekran. Każdy z nas przeżył w życiu bolesną i dotkliwą stratę. Tym bardziej zaskakuje realizm z jakim Lowery pokazuje nam te emocje. Mocne.

Z drugiej strony mamy w 'A Ghost Story' przejmującą analizę form egzystencjalnej samotności. Zadumę nad przemijaniem, nad czasem i jego z jednej strony destrukcyjnym, a z drugiej konstrukcyjnym wpływie na nasze życie. Nowe zmienia się w stare, zostaje zastąpione nowszym. Tak kręci się ten świat. Lowery nie broni się przed melancholią, nie unika nostalgii. Wszystko to wychodzi tak jakoś naturalnie, w niewymuszony sposób.

Duch jako postać przykryta białym prześcieradłem z wyciętymi otworami w miejscu oczu, jest chyba najbardziej banalnym, najbardziej infantylnym sposobem ukazania tego zjawiska. Jednocześnie jest bohaterem jednego z najoryginalniejszych i najsmutniejszych filmów tego roku. Liczy się kontekst. Wydawać by się mogło, że wprowadzenie go do polskich kin w okresie coraz popularniejszego w naszym kraju Halloween, gdy królują thrillery i horrory, jest tanim zabiegiem promocyjnym. Bo przecież 'A Ghost Story' ma tyle wspólnego z filmem gorozy, co prześcieradło z duchami. Gdy jednak głębiej się zastanowić nad nim, to jest to doskonały film dla typowo polskiego klimatu i tradycji obchodzenia Święta wszystkich zmarłych. Idealny do zadumy i poważnych rozważań o kruchości naszego istnienia, o życiu i o śmierci. I w te intencje dystrybutora, być może naiwnie, ale chcę wierzyć.

A Ghost Story (2017) reż. D. Lowery

czwartek, 5 października 2017

Krótko i na temat - Lobster

'Lobster' to ciężki film. Nie dla każdego. Jak większość tych najbardziej genialnych obrazów, dzieli widownię na tych, którzy go pokochają, albo znienawidzą. Nikt nie pozostanie obojętny. Bo w końcu Lanthimos bierze na warsztat miłość i obchodzi się z nią w swój własny, pokręcony sposób. Pokazuje desperacje ludzi w szukaniu tej drugiej połówki, mękę jaką jest życie z kimś, kto nie do końca nam pasuje. Jednak lęk przed samotnością i presja otoczenia są silniejsze, więc idziemy na ustępstwa. Z drugiej strony pokazuje, że gdy znajdzie się tego tytułowego homara (podobno homary wiążą się tylko z jedną partnerką przez całe życie), to trzeba zrobić wszystko, żeby go przy sobie utrzymać. I nie da się tu niestety uniknąć poświęceń. Osobiście, 'Lobster' trochę przypomina mi 'Her' Jonze'a. Począwszy od charakteryzacji Farrella, poprzez samego bohatera, do złudzenia przypominającego granego przez Phoenixa, Theodora, po całą historię, w której samotność odgrywa tak wielką i gorzką rolę. To co wyróżnia 'Lobstera', to oryginalność, charakterystyczny dla greckiego reżysera wszechobecny absurd, surowość i bardzo czarny humor, do którego należy podejść z dystansem. Film zyskuje przy kolejnych obejrzeniach, za parę lat może to być pozycja kultowa...

Lobster (2015) reż. G. Lanthimos

Zwyczajni niezwyczajni

'Ostatnia rodzina' na pierwszy rzut oka przypomina dom wariatów. Wysyp osobowości, z terroryzującym wszystkich, nadpobudliwym Tomkiem na czele, oderwanym nieco od rzeczywistości i pogrążonym w swojej twórczości Zdzisławie, próbującą wszystkim dogodzić i wszystko załagodzić Zofią i dwiema babkami. Gdy jednak bliżej przyjrzeć się tej niezwykłej rodzinie, jesteśmy w stanie dostrzec mnóstwo takiej zwyczajności, realizmu. Mnóstwo nas samych. 

Matuszyński nie skupia się na biografii wybitnego malarza. Dla niego najważniejsza jest rodzina jako całość. Pokazanie ich wzajemnych relacji, inteligentnych rozmów. Trudno mu się dziwić, bo ma do dyspozycji trzy wspaniałe i głębokie osobowości - po co więc ograniczać się do jednej? Stary Beksiński to typowy artysta. Ekscentryk żyjący nieco w swoim własnym świecie, z nieco narcystyczną naturą, wydający się swoją mroczną stronę przelewać jedynie na płótno. Bo na codzień to niezwykle pogodny i pozytywny człowiek, z lekkością podchodzący do życia, ale i do śmierci. Co innego Tomasz, jedyny syn Beksińskich. Jego największym przekleństwem była wielka inteligencja, z którą nie umiał sobie do końca poradzić. Dostrzegał więcej niż inni ludzie. Życie, otoczenie zwyczajnie go nudziło. Był idealistą rzuconym do szarej rzeczywistości, od ideału dalekiej, a przecież nie jeden w tamtych czasach chciałby być na jego miejscu. I wreszcie Beksińska, spoiwo łączące tę rodzinę. Poświęciła się jej zupełnie, pracom domowym, wychowywaniem Tomka i chyba po części też Zdzisława, opieką nad matką i teściową. Tak naprawdę tylko ona w tej niezwykłej rodzinie stąpała twardo po ziemi. 
 
Z tej historii bardzo łatwo można było zrobić wyciskający hektolitry łez dramat, albo czarną komedię o dziwakach. Matuszyńskiemu udało się jednak z precyzją aptekarza, osiągnąć połączenie idealne - nie jest ani zbyt rzewnie, ani zbyt zabawnie. Co tu dużo mówić, jest w punkt. Soczyste dialogi pomiędzy Beksińskimi - zarówno te zwyczajne, rodzinne rozmowy, jak i poważne, egzystencjalne dyskusje pokazane są po mistrzowsku. Kamera zagląda w najbardziej intymne zakamarki ich życia, przez co stają się dla nas widzów tacy swojscy. Zwyczajni, niezwyczajni. Wspaniała trójka aktorów, ze zdecydowanie wyróżniającym się Dawidem Ogrodnikiem w roli Tomka, ma naprawdę co grać i łapię tę okazją z całych sił, wykorzystując każdą sekundę przed kamerą, każdą linijkę tekstu. 'Ostatnia rodzina' to wspaniałe polskie kino, opowiedziane lekko i z wyczuciem. Uniwersalna historia, która łatwo może być zrozumiana na świecie i na światowym poziomie zrealizowana.

Ostatnia rodzina (2016) reż. J. P. Matuszyńskia

czwartek, 5 marca 2015

50 shades of grey cardigan

Co łączy Sandrę Bullock, Julię Roberts i Jennifer Aniston? Pewnie wiele, ale z interesujących mnie w tym momencie rzeczy fakt, że wszystkie były znane raczej z lekkiego repertuaru. Komedii bardziej lub mniej romantycznych, udanych i mniej udanych. W karierze każdej z nich nastąpił też czas, gdy przyszło im zagrać rolę poważniejszą, dojrzalszą. Rolę w filmie mniej komercyjnym, skromniejszym, skrojoną czysto pod Oscary. I tak Julia odebrała swoją statuetkę za 'Erin Brockovich', a Sandra za 'Wielkiego Mike'a'. Czego zabrakło Jennifer Aniston żeby dostać chociażby nominację za 'Cake'? Przynajmniej 100 mln w BoxOffice, bo poziomem aktorstwa zdecydowanie nie odbiegła od koleżanek, żeby wręcz nie powiedzieć, że była lepsza.


Jej Claire cierpi. Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. W tragicznym wypadku traci dosłownie wszystko - dziecko, urodę, zdrowie, męża. Zostaje sama ze swoim bólem, oddaną służącą, Meksykanką Silvaną i tonami tabletek przeciwbólowych, którymi się faszeruje. Claire poznajemy, gdy za szczerość wylatuje z grupy wsparcia dla kobiet 'po przejściach'.


Film miał w trochę słodko-gorzki sposób opowiadać o bólu, żałobie i sposobach radzenia lub nieradzenia sobie z nią. Nie wyszło. Wyszedł film, jakich widzieliśmy miliony, gładko odbijający się od dobrze znanych z Sundance i amerykańskiego kina niezależnego schematów. Nic odkrywczego. Słodko-gorzka ostatecznie jest tylko Aniston, zrywając ze swym dotychczasowym wizerunkiem. W filmie pojawia się wiele znanych, nominowanych do Oscara twarzy, ale zapamiętuje się tylko tę jedną. Pozbawioną makijażu, pełną zmarszczek i blizn twarz Jennifer Aniston. Z tłustymi włosami (Aniston za czasów 'Przyjaciół' wyznaczała trendy fryzur) i w skromnym ubraniu - zaskakujące ile szarych cardiganów może mieć w szafie jedna kobieta.

Aniston jednak nie oparła swojej roli jedynie na charakteryzacji. W idealnych proporcjach zmiksowała cierpienie i żal z komediową 'Rachel' która tak świetnie jej zawsze wychodzi. I o ile patrzenie jedynie na tę dobrze znaną, zabawną wersję aktorki już faktycznie nudzi, o tyle gdy przeplata się to z autentycznym bólem, cierpieniem i żalem, dostajemy wspaniały popis aktorski. Nie bez znaczenia jest tu także dobrze napisana rola - teksty Claire, gorzkie i ironiczne chwilami szczerze bawią.

Kto myśli, że mało w tej recenzji o filmie, ten ma zupełną rację. Nie bez powodu skupiłem się tylko na Jennifer Aniston, bo ten film to ona i niewiele więcej. Nawet jeśli Akademia nie potrafiła tego dostrzec, to przynajmniej Aniston udowadnia, czasami utalentowana aktorka wpada do pewnej szufladki, z której bardzo trudno jest się wydostać, ale nie jest to niemożliwe. Mam nadzieję, że mimo braku Oscara, czy nawet nominacji, Aniston podobnie jak wspomniane wcześniej koleżanki zacznie otrzymywać poważniejsze propozycje w dobrych filmach.

Cake (2014) reż. D. Barnz

niedziela, 2 listopada 2014

Taniec z Gwiazdami

'Everybody comes to Hollywood' - śpiewała Madonna, by po chwili dodać, że powietrze pachnie tam inaczej, słońce świeci jak nigdzie indziej, a największy nieudacznik czuje się jakby był na szczycie. Ironizowała. To samo robi w swoim najnowszym filmie David Croneberg. Tylko, że jak na tego niepokornego reżysera przystało dużo bardziej brutalnie, bezkompromisowo i dosłownie.

David Cronenberg jest jedną z ostatnich osób, które można by podejrzewać o fascynacje blichtrem i pustką tego świata. A jednak. Z tym, że podchodzi do tematu z pozycji badacza i niczym naukowiec przygląda się pod mikroskopem procesom jakie zachodzą w tym dzikim i nieprzewidywalnym świecie zastygniętym w botoksie i skrywającym prawdziwe oblicze pod śnieżnobiałymi, porcelanowymi licówkami. 

W centralnym punkcie jego mikroskopowej próbki jest Julianne Moore w roli Havany Segard, skąpanej w osoczu narcystycznego auto-wstrętu, trochę przegranej i zapomnianej aktorki. Havana wygląda jak starsza siostra Lindsay Lohan i z podobną determinacją stara się wrócić do gry. Za wszelką cenę próbuje zdobyć rolę w remake'u filmu, który lata temu uczynił gwiazdę z jej matki. Ciarki człowieka przechodzą, patrząc na bohaterkę siedzącą w pozycji lotosu i wykrzykującą swoją złość w taki sposób, jakby miała zmieść całe Wzgórza Hollywood z powierzchni ziemi. Gdy kilka minut później, w przypływie radości, tańczy na grobach małych dzieci, zaczynasz się zastanawiać, czy śmiać się, wyjść z kina, czy może obdarzyć film i Havanę małym uwielbieniem. Wybrałem opcję numer 3.

Wokół Havany orbituje cała gama karykaturalnych postaci, które Cronenberg bada w swojej brutalnej satyrze. Mamy doktora Stafforda, swoistego znachora uwielbianego przez celebrytów, kierowcę limuzyny, który chce zostać aktorem, młodego rozwydrzonego gnojka, zarabiającego grube miliony na filmach familijnych (popłuczyny Biebera). Postaci są stereotypowe do bólu, bronią się jednak jedną ważną cechą - autentycznością. To co spaja je ze sobą, a jednocześnie nadaje trochę świeżości, to postać poparzonej Agathy, która po dłuższej nieobecności wraca do miasta i intrygi, którą ze sobą przywozi. 

Po bardzo przeciętnej 'Niebezpiecznej metodzie' i kompletnie nieudanym 'Cosmopolis', widać, że Cronenberg wraca powoli do formy. Znów tworzy film zmuszający wręcz do fizycznych reakcji - w tym wypadku nerwowy śmiech. Jest to jednak ten rodzaj śmiechu, który balansuje na bardzo delikatniej granicy z zażenowaniem i wstydem. Wstydem, za bohaterów, których oglądamy. Moore za rolę Savany odebrała już nagrodę w Cannes, bez dwóch zdań zasługuje też na Oscara, pytanie tylko, czy po seansie filmu członkowie Akademii będą chcieli jego twórcom dawać do ręki ciężkie przedmioty? Jedno jest pewne, Cronenberg zbyt szybko nie pojawi się na branżowym bankiecie bez ochrony...

Mapy Gwiazd (2014) reż. D. Cronenberg

środa, 22 października 2014

Smells Like Teen Spirit

Charaktery w 'Palo Alto' wydają się być oderwane od rzeczywistości. Młodzież trochę znudzona snuje się bez celu, bez motywacji. Nie wiedzą co zrobić z życiem, gubią się na tej podstępnej drodze do dorosłości. Błądzą niczym dzieci we mgle. Smells like teen spirit? Z dorosłymi wcale nie jest lepiej...

Film rozpoczyna się sceną, w której dwóch nawalonych nastolatków rozmawia o tym, 'co by było gdyby...'. Ich dialog jest lekki, zabawny, błahy. Typowy dla chłopców w ich wieku. Dopiero późniejszy rozwój wypadków i przewijający się przez cały film motyw tej swoistej gry w 'What if...', uświadamia nam, że tak naprawdę ta rozmowa to coś w rodzaju ucieczki, wyrwania się chociaż na chwile z tego zawieszonego i zblazowanego świata. Świata w którym poznajemy całe uniwersum interesujących, a jednocześnie okrutnie pogubionych postaci. Jest April, która poprzez obojętność matki i ojczyma, szuka kontaktu z innymi dorosłymi, nawiązując romans z nauczycielem. Jest Pan B., nauczyciel, samotny ojciec małego chłopca, który wewnętrznie sam jest chłopcem i zamiast umawiać się z kobietami w swoim wieku, wyrywa naiwne uczennice. Jest Fred, skrzywdzony w dzieciństwie nastolatek, który dojrzewając nie potrafi poradzić sobie ze swoją seksualnością, na co reaguje agresją. Jest też Emily, piękna dziewczyna, której wydaje się, że akceptację i miłość znajdzie klęcząc przed każdym napotkanym chłopakiem. Mimo, że może nie jest to najwierniejsze przedstawienie nastoletniego świata, to wielu młodych ludzi będzie w stanie utożsamić się z bohaterami, których przedstawia nam Gia Coppola.

Na pierwszy rzut oka reżyserka nie pokazuje tutaj nic odkrywczego. Wszak amerykańskie kino, nie tylko niezależne, uwielbia ten okres w życiu człowieka. Świat 'high schoolów', pierwszych miłości i imprez z czerwonymi kubkami od zawsze fascynował twórców za oceanem, bardziej niż jakichkolwiek innych filmowców. Oczywiście bardzo spłycam, zwłaszcza te współczesne i niezależne 'teen movies', do których zalicza się również 'Palo Alto'. Ważny w tym filmie jest sposób, w jaki Coppola portretuje niewyobrażalny wpływ, jaki ludzie mają na siebie. Subtelnie przeplatając wątki i łącząc swoich bohaterów uświadamia nam ludziom, że niemal zupełnie nie odczuwamy tego jak wielki wpływ mamy na innych, a oni na nas samych. 

'Palo Alto' to mógłby być taki film zachcianka. Ot wnuczka Coppoli robi film z synem Vala Kilmera i siostrzenicą Julii Roberts, pod czujnym producenckim okiem i na podstawie opowiadania Jamesa Franco, którego kolejne pomysły i zawodowe wybory bardziej przypominają fazę po dobrych narkotykach niż standardową karierę w Hollywood. Jednak 'Palo Alto' jest czymś więcej. Jest niczym książka napisana przez autora, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia, tylko niekoniecznie jeszcze wie, w jaki sposób to zrobić. Zafascynowana twórczością ciotki Sofii i tym co robi przyszywany wujek Harmony, Gia szuka swojego stylu. Ma dobre oko, instynkt obserwatora i (chyba rodzinną) łatwość i lekkość opowiadania. Technika przyjdzie z czasem, to dopiero początek. Poczekajmy.

Palo Alto (2013) reż. G. Coppola

środa, 8 października 2014

Son Under the Influence

'Jeśli kogoś kochasz, nie znaczy że go ratujesz' - słyszy na początku filmu Die od gburowatej pracownicy społecznej. Wyśmiewa ją w twarz. Jest zdeterminowana, chce udowodnić że da sobie radę. Jest niczym uszyta z szablonu Geny Rowlands, trochę śmieszna, trochę przerażająca. Jej szczera relacja z synem wydaje się być żywcem wyjęta z najlepszych dzieł Cassavetesa. Tylko, że u Dolana to syn jest pod presją.

Bez wątpienia relacje matka-syn są dla młodego reżysera, który sporo w swojej twórczości opiera na własnych doświadczeniach, niezwykle ważne. W 'Mommy' jednak proporcje się odwracają i to matka staje się głównym bohaterem. Jej zmagania z trudem życia po śmierci męża, znalezieniem stałej pracy, opieki nad nadpobudliwym synem, czy wreszcie interesujący związek z zamkniętą w sobie sąsiadką staja się dla Dolana fascynującym materiałem do snucia pięknej i szczerej opowieści. Opowieści absolutnie bezpretensjonalnej, chwilami zabawnej i chwytającej za gardło, ale nie w ckliwy sposób. Widzimy nieradzącego sobie z emocjami syna, który potrafi wyzwać matkę od szmat, a zaraz potem przytulić i zrobić dla niej wszystko. Widzimy matkę, która zbierając zużyte chusteczki prosi syna, by ten pośpieszył się z masturbacją. Ich kłótnie są chwilami zabawne, ale argumenty bardzo brutalne. Ot szczerze pokazana miłość matki i syna. 

Trzecią kluczową postacią jest Kyla - skryta, jąkająca się sąsiadka, która daje sporo nadziei i wiary strudzonej Die. Przyjaźń i miłość łatwo przychodzą do tej trójki, nieco gorzej ze spokojem. Historia jest szorstka, pełna czerwono-krwistej energii, chwilami gorzka. Osładzają ją wspaniałe kreacje aktorskie, zwłaszcza pań, które znamy już z poprzednich filmów reżysera.  

Dolan nie robi niczego na pół gwizdka, a o wartości jego nowego dzieła mówi już wybór kadrowania. Ekran 1:1, piekielnie trudny - kto ma instagram ten wie, że nie lada sztuką jest piękne obrazy w tym formacie uchwycić. Zresztą wiele interpretacji tego wyboru odnosi się do hipsterskich zapędów reżysera i właśnie formatu instagramowego. Może tak być, ale tylko do chwili gdy odkrywamy prawdziwy powód tej decyzji. Magia Xavier! MAGIA!  

Charakterystyczne cechy stylistycznej formy silnej marki, jaką przez te 5 lat wyrobił sobie Xavier Dolan absolutnie nie zniknęły. Znów mamy doskonały soundtrack, kilka pięknych teledyskowych scen, slow motion, ładne kadry jesieni. Pierwszy raz natomiast stały się tłem, otoczką doskonałej narracji, a nie głównym bohaterem Pierwszy raz wszystko jest na swoim miejscu. Pierwszy raz również Dolan rezygnuje z wątków homoseksualnych, genderowych, a jeśli nawet nie rezygnuje, to lokuje je niezwykle subtelnie i delikatnie.

Jest taka rzecz, której podświadomie oczekujemy od kina - że zabierze nas w miejsca trudne, nieznane nam wcześniej z ufnością, że reżyser się nami zaopiekuje. Pięć lat temu Xavier Dolan 'zabił' swoją matkę. Stał się gwiazdą. Nastoletnim fenomenem w świecie filmu. Ciekawym zjawiskiem. Dostał ogromny kredyt zaufania od krytyków i widowni. Zrobił potem kilka filmów, nie powiem udanych, ale wciąż dalekich od debiutu. Dziś przyszła pora spłacić długi i filmem 'Mommy' robi to z nawiązką! Bo dziś Dolan to reżyser, autor, twórca. Dojrzały twórca, któremu możemy w pełni zaufać.

Mommy (2014) reż. X. Dolan

środa, 9 lipca 2014

Hasztag - Potęga

Cześć, mam na imię Michał. Na Facebooku jako Mike, 'czekinuje' się w fancy miejscach. Kolekcjonuję smutną muzykę na YouTube - im mniej komercyjną tym lepiej. W wolnych chwilach, których mam coraz mniej, piszę filmowego Bloga. Czasami Twittuję, jak bardzo zły film widziałem. Robię #samojebki lub jak kto woli #selfie na Instagramie i śledzę milion pięknych blogów na Tumblrze. Dzień zaczynam od owsianki i przejrzenia społecznościowych aplikacji na 'ajfonie'. Tworzę swoją rzeczywistość i 'szeruję' się nią z innymi, nadużywając coraz bardziej zmyślnych i przekombinowanych hasztagów. #Żyję.
Bo hasztag to dziś potęga. Wie o tym również Jon, zapalony muzyk, którego poznajemy, gdy przypadkiem dołącza do ekscentrycznego zespołu jako zastępstwo dla kolejnego klawiszowca. Frontmanem grupy jest Frank - człowiek z wielką, plastikową kulą na głowie, ale o nim za chwilę. Muzyka jest całym życiem Jona. Film otwiera zabawna sekwencja, w której bohater trochę na siłę szuka inspiracji dosłownie wszędzie, tworząc teksty delikatnie mówiąc 'oryginalne'. Niecodzienne podejście do muzyki, zapał i pasja sprawiają, że chłopak szybko znajduje wspólny język z wycofanym i nieco dziwnym Frankiem. Frank w oczach członków zespołu, a także Jona jest geniuszem. Tajemnica którą skrywa wraz z twarzą, dodatkowo nakręca całą sytuację. Nikt nie widział jego schowanej za wielką, plastikową kulą twarzy, w związku z tym wyraża swoje emocje muzyką, ale nie tylko. Podobnie jak Jon, który tworzy zabawne hasztagi na Twitterze, Frank werbalnie wyraża jakie emocje malują cię obecnie na jego facjacie. To właśnie jest trochę takim drugim dnem filmu. Pokazanie jak bardzo zamykamy się przed światem w naszych plastikowych kulach zwanych portalami społecznościowymi i wyrażając nasze emocje hasztagami, trochę izolujemy się od prawdziwego świata. Ten wykreowany jest przecież ciekawszy...
Z drugiej strony film Abrahamsona to przede wszystkim bardzo udana i zabawna satyra na to, jak łatwo dziś zrobić karierę własnie przy pomocy mediów społecznościowych - wystarczy szczypta kontrowersji i garść dobrych hasztagów. Jon, w tajemnicy przed resztą zespołu publikuje na YouTube krótkie filmiki obrazujące proces powstawania płyty zespołu, a że 'Frank' to bardziej miejsce zgrupowania prawdziwych freaków, niż film, toteż nagrania szybko robią furorę w sieci i przysparzają rzesze fanów. Jak wiadomo, każdy sukces musi nieść ze sobą ofiary, a każdy poprawny film posiadać zwroty akcji. Jon, zdobywając zaufanie Franka, szybko buduje swoją pozycję w grupie coraz szerzej ją promując, kosztem niezależności, bezkompromisowości. Czy to się przypadkiem jakoś nie nazywa? Komercja? Hmm...?
W zespole pojawia się coraz więcej konfliktów, głównie pomiędzy Jonem i Clarą, która miała do tej pory największy wpływ na Franka. Ten, niczym wszyscy wielcy artyści, legendy sceny, pozostaje w tym wszystkim gdzieś po środku, zagubiony. Niczym chorągiewka, daje manipulować sobą, ulega wpływom 'doradców', popleczników. To kolejna pułapka sławy i taniej popularności, którą reżyser tak celnie wytyka w filmie. Dużo zasługi w tym świetnie napisanym i genialnie wręcz zagranym postaciom Franka, Jona i Clary. Fassbender, który gra w zasadzie tylko głosem i ekspresją ciała, tworzy jedną z najlepszych kreacji w karierze. Odsłaniając ogromny talent komediowy, wyjątkowo nie pokazuje penisa - dwie nowości w jego karierze. Na uwagę zasługuje również niezwykle dynamiczna i charyzmatyczna rola Maggie Gyllenhaal - najciekawsza od czasu 'Sekretarki'.
Tak bardzo nie chciałem zaczynać żadnego akapitu od tego wyświechtanego frazesu, no ale no, nie da się, a zatem... 'Żyjemy w świecie' zdominowanym przez media społecznościowe, gdzie gwiazdą może zostać każdy, nie ubierając stanika na mecz piłki nożnej, wrzucając do internetu covery piosenek nagrywane komórką, albo wywiady z trzecioligowymi gwiazdami w małej kawalerce. Satyra na takie łatwe kariery to w świecie filmu nic nowego, Abrahamsonowi udało się natomiast coś, co potrafili zrobić nieliczni - rozbawić widzów. 'Frank' jest faktycznie bardzo zabawny i to nie na zasadzie czekania pół filmu na jeden gag, ale ciągłej dobrej zabawy. Zabawy, która gdy się nad nią trochę zastanowić, pozostawia lekki posmak goryczy w ustach. A chyba o to właśnie w udanej satyrze chodzi. Czy wyciągniemy z tego jakąś lekcję? Za chwile skończę ten tekst, udostępnię go na Facebooku, Instagramie itp. Jedno jest pewne, wśród hasztagów znajdzie się jeden - #hipokryta. 

Frank (2014) reż. L. Abrahamson

niedziela, 29 czerwca 2014

Przerwana lekcja muzyki

Oglądasz film. Podoba Ci się mniej lub bardziej. Zachwycasz się pojedynczymi elementami, wyłapujesz jakieś smaczki. Czasami poszczególne elementy coś Ci przypominają, do czegoś prowadzą. Wiesz, że dzwoni, ale do końca nie zdajesz sobie sprawy gdzie. Potem nagle widzisz jeden kadr i bam! Masz to! Takim właśnie filmem jest 'Breathe In' - minimalnie się inspiruje, delikatnie nawiązuje, a jednocześnie opowiada piękną historię. Skąd inspiracja chyba dodawać nie trzeba, kadr obok mówi wszystko.
O ile Vermeer tworząc 'Dziewczynę z perłą', miał do dyspozycji pędzel i farby, Doremus swoje dzieło maluje intensywnymi emocjami, świetnym aktorstwem i przede wszystkim muzyką. Muzyką równie delikatną, co nasączoną, ociekającą wręcz emocjami. Bo muzyka jest istotnym elementem tego obrazu i nie tylko ze względu na to, że jej bohaterowie są z nią ściśle związani, ale wrócimy jeszcze do tego.
Keith (Guy Pearce), podobnie jak Vermeer w domniemanej historii powstania 'Dziewczyny z perłą' w reżyserii Petera Webbera, jest trochę wypalonym, a trochę niespełnionym artystą. Obaj nie dogadują się z żonami, które nie rozumieją ich pasji, ich artystycznych zapędów. W domach obu pojawia się również młoda dziewczyna - natchnienie, inspiracja, ale także bratnia dusza, która potrafi zrozumieć i docenić artyzm. Zarówno między Vermereem i młodą służącą, jak i Keithem i uczennicą (Felicity Jones), która przyjeżdża do jego domu na wymianę z Wielkiej Brytanii, rodzi się z czasem milcząca więź i fascynacja - tak pięknie podkreślana muzyką. Jej autor, Dustin O'Halloran odwalił kawał dobrej roboty, wypełniając najlepiej jak się dało przeznaczenie muzyki filmowej. Tworząc dźwięki inspirowane muzyką klasyczną odpowiednio podkreślił subtelne i wysmakowane kadry i dopowiedział to, czego nie dopowiedziały emocje aktorów. Wszystko to zamknęło się w piękną, estetyczną całość, dając maksymalna radość odbioru.
'Breathe In' to kolejny udany film autora 'Like Crazy', który może faktycznie nie powala fabularnie - ciężko szukać oryginalności w historii tkwiącego w rutynowym związku mężczyzny, którego żona nie rozumie i który spotyka na swej drodze młodą piękną dziewczynę. Ważniejsza w tym wypadku forma, w jaką zostało to ujęte i nam pokazane. Nie zawsze najważniejsza jest bowiem oryginalność, wszak jak wiadomo - wszystko zostało już opowiedziane, pozostał tylko postmodernizm. Trzeba tylko odpowiednio to ograć - w przypadku 'Breathe In' zagrać, odegrać i nagrać.

Breathe In (2013) reż. D. Doremus

czwartek, 15 maja 2014

Fantazje młodego Xaviera

Xavier przeżywał już trudy wchodzenia w dorosłość młodego geja, rywalizował z przyjaciółką o faceta, dotykał kwestii genderowych zmieniając płeć, a teraz spełnia swoje gejowskie fantazje. Fantazję młodego mieszczucha wchodzącego w pełną napięcia seksualnego grę z samczym, brutalnym i przystojnym farmerem z prowincji. Ekran drży, iskry lecą, nie obędzie się bez siniaków. Ktoś tu lubi zabawić się na ostro...
Xavier pierwszy raz w swojej krótkiej, acz pięknej karierze robi thriller i od razu porywa się na najwyższy level - Hitchcock. Ambicja? Brawura? A może zwykła głupota? Nie, nie, to po prostu zdrowa pewność siebie i swoich umiejętności do naturalnego wyczucia opowiadanej historii. Dar, którym ten zdolny gówniarz szpanuje od zawsze. Na początku faktycznie wydaje się, że określenie thriller, nawet psychologiczny, jest sporym nadużyciem w stosunku do 'Toma'. Jednak z każdą minuta, gdy napięcie rośnie, a my wchodzimy coraz bardziej emocjonalnie w opowiadaną historię, przyznajemy Xavierowi racje. 'Tom', może nie zaczyna się od trzęsienia ziemi, ale i tak porównania do mistrza nie są absolutnie pozbawione sensu. 
W jednym z wywiadów Dolan powiedział, że kręci filmy po to, żeby grać. Paradoksalnie, to jego aktorstwo w filmie wypada najsłabiej. O ile reżyser z niego naprawdę niezły, o tyle aktor marniutki. Chwilami ciężko uwierzyć w przekazywane emocje okraszone minami i foszkami na poziomie 'coś tu śmierdzi'. Nadrabia za to pozostała część obsady, zwłaszcza Lise Roy w roli Agathe.
Xavier faktycznie dorasta. Mało już Dolana w tym Dolanie, ale mało nie znaczy wcale. Pod burzą blond loków stara się ukryć narcystyczne oblicze, przekonać nas, że nie robi już filmów o sobie. O sobie nie, tym razem o swoich fantazjach. Hitchcockowskie napięcie w połączeniu z tą seksualną fantazją dało efekt niezwykły, trochę nowocześniejszy od tego, do czego przyzwyczaił nas mistrz suspensu. Podczas seansu czujemy nieustanną niepewność, a Xavier ciągle ją podsyca, to dziwnymi wyborami bohatera, a kiedy indziej zaskakującym zachowaniem 'farmera'. Dolan igra sobie z pretensjonalnością, kilka razy przegrywa, ale to mały margines. 

Tom (2013) reż. X. Dolan

niedziela, 11 maja 2014

Idy Majowe

'Ida' to odrobinę zignorowany przeze mnie film ubiegłego roku, który w ramach nadrabiania zaległości postanowiłem obejrzeć podczas Off Plus Camery. Dziś biję się w pierś, bo to kawał cholernie dobrego kina. Podczas Q&A z reżyserem, Pawlikowski mówił sporo o inspiracji Bergmanem, Czeską Nową Falą itp. Bergman, Bergmanem, Nowa Fala, Nową Falą, Panie Pawle, ale mnie podczas seansu 'Idy' przychodził ciągle na myśl jeden konkretny tytuł, z powyższymi nie mający zupełnie nic wspólnego. Jaki? 'Thelma i Lousie' Ridleya Scotta. 
'Ida' również przez większość historii jest filmem drogi. Mamy dwie kobiece bohaterki - żywiołową i ekscentryczną, zwłaszcza jak na tamte czasy Wandę (Kulesza) i jej siostrzenicę Idę (Trzebuchowska), zakonnicę tuż przed ślubami. Starego Cadillaca zastąpiła stara Warszawa, a przystojnego kowboya-autostopowicza w kapeluszu, równie dobrze wyglądający muzyk jazzowy z saksofonem (Ogrodnik), zabrany przez bohaterki z wiejskiego przystanku autobusowego. Wiadomo, podobieństwa widoczne są tylko w warstwie konstrukcyjnej filmu - tematycznie to zupełnie inne historie. Jednak Pawlikowskiemu udało się to, na co polscy filmowcy wpadają rzadko. Opowiedział ważną, dramatyczną i trudną historię, przełamując ją sporą dawką humoru. Inteligentnego humoru, opierającego się głównie na kontraście bohaterek - z jednej strony twarda, bezkompromisowa Wanda, która nie stroni od facetów, alkoholu i dobrej zabawy, a z drugiej Ida - skromna siostra zakonna, ułożona i spokojna. Zaskoczyło i zagrało to genialnie, sprawiając, że ważne tematy docierają do widza i absolutnie nie nudzą. Wielka sztuka. 
Oczywiście to nie tylko zasługa Pawlikowskiego. Co prawda to on dał aktorom ten świetny materiał, ale to co zrobiły z nim Kulesza i Trzebuchowska jest zwyczajnie piękne. Zwłaszcza starsza koleżanka pokazuje, jak bardzo doskonały talent aktorski mógłby się zmarnować w gównianych serialach, gdyby parę lat temu Smarzowski nie dał jej szansy ('Róża'). Panie doskonale uzupełnia taki trochę buntownik z epoki, niczym nie odstający od Deana czy Cybulskiego Dawid Ogrodnik i bardzo niewielka, ale jak zawsze piękna rola Joanny Kulig.
Wizualnie i estetycznie 'Ida' to dzieło sztuki. Nietypowe, pokazujące sporo 'nieba nad głowami', czarno-białe kadry, przepiękna scenografia, dużo kontrastu czerni i bieli - jak u bohaterek. Do tego muzyka i soundtrack przepięknie odśpiewany przez Kulig, sprawiają, że 'Idę' pochłania się wszystkimi zmysłami. 
Co może być porywającego w czarno-białym filmie opowiadającym o zakonnicy i jej ciotce, którego akcja dzieje się w Polsce w latach 60-tych? Paweł Pawlikowski, jego operator i aktorzy pokazali, że absolutnie wszystko. 'Ida' to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat i deszcz nagród, które zbiera na świecie, w tym ostatnia, nagroda główna na Off Plus Camera, jest zupełnie uzasadniony. Podsumowując krótko, to piękny film jest. Więcej takich proszę.

Ida (2013) reż. P. Pawlikowski

środa, 7 maja 2014

'Wszyscy jesteśmy Kubrickami'



'Wszyscy jesteśmy Kubrickami' - tymi słowami kurator, dr hab. Rafał Syska zainaugurował w niedzielę w Muzeum Narodowym w Krakowie wystawę poświęconą jednemu z najwybitniejszych reżyserów w historii - Stanleyowi Kubrickowi! Poniżej kilka fotek, które w żaden sposób nie oddają tego, co można zobaczyć na żywo!  Polecam, pozdrawiam - wrócę tam wiele razy!



 













                                                              























Stanley Kubrick














piątek, 4 kwietnia 2014

Za dużo filmów się naoglądałeś, Krzysiek!

Skonieczny w 'Hardkor Disko' trochę bawi się w reżysera. Jest młody, dopiero zaczyna, trudno się dziwić, że podpatruje innych. W każdej sekwencji, pojedynczej scenie widać inspirację jakimś mistrzem. Czy to źle? Niekoniecznie, bo wzorce ma naprawdę świetne. Jak zwykle w takim przypadku rodzi się jednak pytanie, z którym borykam się już od paru dobrych lat: Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna zwykłe zrzynanie? Gdzie przebiega ta cienka granica? No i przede wszystkim czy Skonieczny ją przekroczył? Zastanówmy się przez chwilę.
Już protagonista jest istną kalką bohaterów granych przez Ryana Goslinga w filmach Refna. Twardy, męski, milczący mściciel. Bez historii, bez przeszłości. Pojawia się tu i teraz w zasadzie znikąd. Szuka zemsty. Konotacje z 'Drive' i 'Only God Forgives' nasuwają się więc same. Marcin (rewelacyjny i przykuwający uwagę Marcin Kowalczyk) ma swój określony cel, zrobi wszystko żeby dopiąć swego, czego scenarzyści specjalnie mu nie utrudniają. Nie o to chodzi. Wkracza z butami w życie wyluzowanej, nowoczesnej fancy rodzinki z dużego miasta. Ona pracuje w teatrze, on jest architektem, w liberalnym duchu wychowują dorastającą córkę. Świetnie tu wypada lekka i bardzo prawdziwa scena śniadania, gdzie matka pilnikuje sobie paznokcie u stóp przy stole, a ojciec biadoli na swoją pracę. Gładko przechodzimy do kolejnej inspiracji - 'Funny Games' Hanekego. Oczywiście mniej brutalnie i dosłownie, oraz z zupełnie innych powódek, jednak śmiało można połączyć te wątki. Czego chce od nich Marcin? Domyślić można się bardzo szybko. Trochę za szybko i budowanie otoczki, jakoby ilu widzów, tyle interpretacji filmu niewiele zmienia.
'Hardkor Disko' wygrywa  stroną estetyczną. Statyczne, trochę przydługawe sceny sprytnie przeplatane są tymi dynamicznymi, z doskonale dobraną ścieżką dźwiękową i pięknymi ujęciami. Stare przeboje Bajmu czy Anny German świetnie współgrają ze współczesną muzyką. To naprawdę działa, tworząc spójna i ciekawą całość. Niektórych scen nie powstydziłby się sam Dolan, a sekwencja z domówki jest niczym wyjęta z 'Wyśnionych miłości'. Kolejna inspiracja?
Nawiązań w 'Hardkor Disko' nie brakuje (mógłbym długo wymieniać nazwiska takie jak Jarmusch, czy Kieślowski) i faktycznie bliżej im do inspiracji niż odgapiania. Jednak pozbieranie najciekawszych rzeczy, nawet od najlepszych nie czyni z reżysera artysty i indywidualnej postaci, a co najwyżej zajawionego kinem pasjonata ze świetnym gustem, którym Skonieczny zdecydowanie jest. To co odróżnia go od tych, z których czerpał, to fakt, że mają oni swój indywidualny styl. Czy ma go również twórca 'Hardkor Disko', pokażą jego kolejne filmy, które z pewnością zrobi. I niech robi, bo widać że ma potencjał i z chęcią zobaczę w jakim kierunku się to rozwinie. Co do samego filmu, to przed seansem obawiałem się, że śladem starszych i bardziej doświadczonych kolegów tworzących w Polsce filmy o młodych ludziach, również Skonieczny zrobi film o niczym z rozmywającą się w połowie intrygą ('Nieulotne' Borcucha) lub film szokujący na siłę dla samego faktu szokowania ('Bejbi Blues' Rosłaniec). Na szczęście tak się nie stało. 'Hardkor Disko' to ciekawy portret współczesnych młodych ludzi z kilkoma mocniejszymi akcentami, który mimo niedociągnięć warto zobaczyć.

Hardkor Disko (2014) reż. K. Skonieczny