niedziela, 30 marca 2014

Karmelove

'Karmel' porównywać można do wielu filmów. Od szerokiej twórczości Almodovara, przez klasyki takie jak 'Stalowe magnolie' po libański odpowiednik 'Seksu w wielkim mieście'. Czy Nadine Labaki czerpie inspiracje z powyższych przykładów? Garściami! Czy tworzy film przegadany? Odrobinę. Czy jej postaci są niczym z opery mydlanej? Chwilami. Czy wreszcie portrety kobiet, które tworzy w filmie są schematyczne, banalne. Tak, ale... No właśnie, pod tym jednym 'ale' kryje się pięć kobiet i faktycznie wszystkie je już gdzieś widzieliśmy. Bo mamy tu dziewczynę zakochaną w żonatym facecie. Jest starsza kobieta, która zmuszona opiekować się chorą siostrą nie zaznała nigdy prawdziwej miłości. Także wątek trzeciorzędnej aktorki, która nie potrafi pogodzić się z upływającym czasem, na casting naciąga skórę twarzy przy pomocy taśmy klejącej, czy też udaje miesiączkę przed koleżankami - jakbyśmy gdzieś już widzieli. Labaki wygrywa jednak szczegółami. Właśnie takie małe detale czynią 'Karmel' filmem wyjątkowym i niezwykle czarującym. Zbierając te kobiety razem, tworzy uniwersalną historię o pięknie i codziennych bitwach, z którymi się mierzą. Żywe i skomplikowane spojrzenie na życie pięciu kobiet w Bejrucie, których losy krzyżują się z atrakcyjną płynnością. Wiele współczesnych filmów koncentruje się na kobiecej solidarności - post-feminizm to wręcz obowiązek! Niewiele jednak potrafi zrobić to tak przekonująco i w takim pięknym stylu jak 'Karmel'. Film idealny na niedzielne popołudnie.

Karmel (2007) reż. N. Labaki

piątek, 14 marca 2014

Nostalgia wampira

Pamiętam, gdy pracowałem jeszcze w kinie, a na ekranach zagościł 'Cosmopolis' Cronenberga, tłumy rozradowanych i podnieconych nastolatek entuzjastycznie kroczyły nie na film, a 'na nowego Pattinsona'. Jakże wdzięcznie patrzyło się na te same wkurzone, tupiące nóżką nastolatki, wychodzące w środku seansu i wykrzykujące: 'Co to ma być?! Co za głupi film!'. Zastanawiam się czy z nowym filmem Jarmuscha jest podobnie. Wampirze historie bowiem, za sprawą wiemy czego, na długie lata zatonęły w bagnach młodzieżowej popkultury i z etykietką dennych romansideł trafiły do jednego kosza wyprzedażowego w Biedronce, z Hanną Monataną i innymi 'bohaterami' naszych czasów. Śmiałkiem, który odważył się podać krwiopijcom pomocną dłoń i przywrócić ich do świata dorosłych jest Jim Jarmusch. Ten indie-dziwak wyssał ze swojej historii cały kicz i banał  tego typu opowieści, pozostawiając jedynie blade twarze, słodką melancholię i nostalgię za starymi, dobrymi czasami. No i soundtrack. Genialny soundtrack!
Jarmusch nie toczy wojen, nie 'jara się' wampirzymi mocami. Skupia się na długowiecznym romansie dwójki wampirów, odzierając go zupełnie ze zbędnego sentymentalizmu. Adam i Eve, Biblijne skojarzenia jak najbardziej na miejscu, podobnie jak pierwsi ludzie na ziemi, żyją w cieniu - ciąży nad nimi swoiste piętno. Karę za ciekawość i nieposłuszeństwo Biblijnej pary, Jarmusch zamienił na konsekwencję wyboru nieśmiertelności, długowieczności. To co miało być przywilejem, okazało się przekleństwem. Szczególnie odczuwa to Adam. Widać, że męczy go świat, męczy go życie, otaczający ludzie, których nazywa zombie. Przy życiu trzyma go tylko muzyka i to, jak bardzo skrzywdziłby Eve swoim odejściem. Bohaterowie z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy. Przez dekady obserwowali zmieniający się świat i jego degenerację, dążenie do samozagłady. Zresztą już miejsce zamieszkania Adama - mroczne dzielnice Detroit, wyglądające niczym opuszczone, post-apokaliptyczne miasto, odpowiednio potęguję efekt. 
Jednak 'Only Lovers Left Alive' nie jest filmem pesymistycznym. Nie brakuje w nim inteligentnego, zakamuflowanego humoru i smaczków, takich jak chociażby postać wykreowana przez Johna Hurta, inspirowana Ghost Writerem Szekspira, który jeśli wierzyć plotkom i Jarmuschowi, napisał za niego wszystkie dzieła. Naprawdę mocnym atutem filmu, poza wspaniałą ścieżką dźwiękową jest aktorstwo. Tilda Swinton i Tom Hiddleston stworzyli świeże, pomimo, że żyjące od wieków i pełnokrwiste, mimo że blade postaci współczesnych, zagubionych wampirów, ale przede wszystkim kochanków!
'Only Lovers Left Alive' nie jest typowym filmem o wampirach. Zresztą nikt, kto zna twórczość Jarmuscha chyba się tego nie spodziewał. To film o wampirach, w którym krew działa na nich niczym narkotyk, jest uzależnieniem i który twierdzi, że wysysanie jej z ludzi 'is soo XV Century'. Znajdą się z pewnością żartownisie, którzy powiedzą, że jest inaczej. Są to ludzie, na widok których wampiry z tego filmu głęboko westchną, przewrócą oczami, odpalą na gramofonie piękną płytę i popijając zero rh minus burkną pod nosem: 'Hate Zombies!'

Only Lovers Left Alive (2013) reż. J. Jarmusch

środa, 12 lutego 2014

#problemypierwszegoświata


Założę się o grube miliony, że znasz Rachel, a przynajmniej kogoś takiego jak ona. W domu młodą żonę starającą się pogodzić wszystkie obowiązki. W szkole przykładną matkę angażującą się w liczne akcje charytatywne i zajęcia syna. W wolnym czasie aspirującą blogerkę/pisarkę trochę bez pomysłu na życie. A gdy nikt nie patrzy, lubiącą wymknąć się na papierosa i poplotkować o seksie z przyjaciółkami trzydziestolatkę, która z pewnością rozszerzone wydanie DVD 'Nimfomanki' nabędzie jako pierwsza - przez internet rzecz jasna.
Lena Dunham niewątpliwie zrewolucjonizowała sposób przedstawiania siebie, filmowego 'ja'. Pokazywania kobiety z jej własnego punktu widzenia, poprzez robienie ze słabości i niedoskonałości, czy to ciała, czy charakteru, mocnych stron i lokowanie ich w humorystycznych, a raczej tragikomicznych akcentach. Ta rewolucja polega przede wszystkim na totalnej szczerości i autentyczności. Zredefiniowała sposób opowiadania i widać, że znajduje coraz szersze grono naśladowców, zwłaszcza w tej sferze niezależnej, indie. Sporo tej inspiracji widać również w 'Afternoon Delight'. Bo Rachel to taka 10 lat starsza Hanna. Ma męża którego kocha, ale nie uprawia z nim seksu od miesięcy. Dziecko, z którym nie potrafi się bawić. Chodzi do terapeutki, którą zamiast pomóc, ciągle 'dzieli się' z nią własnymi doświadczeniami z lesbijskiego związku (przezabawna Jane Lynch). Ot takie małe dramaty współczesnej, znudzonej kobiety. Sytuacja zmienia się, gdy Rachel w klubie dla dorosłych poznaje McKeenę - striptizerkę, która określa się jako 'Sex worker'. Nowa znajoma wprowadza sporo świeżości w schematyczne życie bogatej i trochę zblazowanej pani domu. Pod pretekstem pomocy dziewczynie, Rachel podświadomie widzi szansę na pomoc sobie i naprawę swojej relacji z mężem. Odważne podejście McKeena do seksu fascynuje starszą koleżankę, trochę ją otwiera, ale także w jakimś stopniu nakręca, ekscytuje, podnieca. Żeby nie powiedzieć, że jej imponuje.
'Afternoon Delight' to debiut fabularny Jill Soloway, znanej i cenionej reżyserki serialowej i to widać w filmie już chociażby po aktorach, którzy dosłownie wyjęci są z mniej lub bardziej popularnych produkcji telewizyjnych. Debiut to jednak udany. Jasne, film ma lepsze i gorsze momenty, poczucie humoru chwilami na poziomie żartów z Facebooka i Twittera, etc. Mocną jego stroną są jednak właśnie aktorzy. Słodka Juno Temple i rzadko widywana na pierwszym planie, bardzo utalentowana Katherine Hahn dają piękny popis niezwykle szczerej gry. Sam film to spojrzenie przez bardzo dokładną lupę na typową matkę z amerykańskich przedmieści. Idealny na leniwe popołudnie i zdecydowanie nie tylko dla zdesperowanych gospodyń domowych, wszak zachwycił się nim sam mistrz Tarantino...

Afternoon Delight (2013) reż. J. Soloway

sobota, 8 lutego 2014

Sacrum Profanum

Za oknem wciąż zimowo, szaro, mróz. Do wiosny czas długi niczym ujęcia w filmie Belli Tarra. W tych niesprzyjających warunkach Paolo Sorrentino ma dla nas niepowtarzalną ofertę. Podróż do Rzymu - wiecznego miasta. Nie pokaże nam jednak Romy z folderów turystycznych dla leniwych i mało wymagających turystów kina. Jego Rzym tętni życiem, porusza się w rytm remixu 'There must be an angel', buja wraz z biodrami kształtnych włoszek i niczym nasz przewodnik - Jep - zasypia gdy wszyscy inni wstają. To Rzym, któremu bliżej do Las Vegas niż do klasycznej i historycznej metropolii. Rzym Berlusconiego, sztuczny, wygładzony liftingami i naszpikowany botoksem niczym twarz niektórych jego mieszkanek. Miasto grzechu, zepsucia i pretensjonalnych artystów. Kto chętny na wycieczkę? Miejsca starczy dla wszystkich, oferta ważna do wyczerpania... sił!
Naszego przewodnika po tym szalonym świecie spotykamy w dniu jego 65-tych urodzin, gdy wydaje huczne rooftop party. Już wtedy można przeżyć pierwsze małe zauroczenie tym filmem. Kamera pięknie płynąca po kolejnych ujęciach relacjonuje pełne splendoru przyjęcie, przedstawiając nam całą galerię nietuzinkowych gości, a wśród nich tego jedynego.  Jep jest dziennikarzem, trochę takim celebrytą. Wiele lat temu napisał bestsellerową nowelę, na popularności której 'jedzie' do dziś. Życie spędza na przyjemnościach, w galeriach sztuki, na imprezach. Nie tyle wydaje się się być członkiem tej socjety, co wręcz ich królem. Cierpi na brak weny i samodyscypliny, żeby znów coś napisać. Jep ma kryzys, mówią o nim inni. Nie tylko z powodu wieku, ale przede wszystkim z powodu niedotrzymanych obietnic, tych literackich, ale nie tylko. 
Za każdym wielkim cynikiem kryje się rozczarowany idealista. Jep w istocie jest cyniczny, wyrachowany. Plotkarskie i trochę puste środowisko go tego nauczyło, on się przystosował. Przepiękna scena pogrzebu (muzyka i zdjęcia!), w której opowiada o swoim przemyślanym dokumentnie zachowaniu i precyzyjnie wyreżyserowanym żalu i współczuciu jest tego idealnym przykładem. Jego oczami patrzymy również z niepokojem na pretensjonalną pustkę w środowisku artystycznym. Performance kobiety rozbijającej głowę o mur w imię wyrzeknięcia się miłości, czy mała dziewczynka, która zamiast bawić się z rówieśnikami, zmuszana przez rodziców do tworzenia dzieł sztuki, wściekła rozlewa farbę na płótnie tworząc piękne obrazy. Sztuka wyższa, czy plastikowa awangarda?
'Być w Rzymie i papieża nie widzieć?' Sorrentino nie zapomniał również w swojej satyrze wymierzyć małe pstryczka w nieodłączny element wiecznego miasta - sferę sacrum. Co rusz wpadamy na księży, kardynałów, zakonnice (na jedną nawet w miejscu, w którym nigdy byśmy się nie spodziewali). Wspaniały jest również wątek Santy, ponad stuletniej zakonnicy, objętej kultem. utożsamianej z mędrcem, wyrocznią, przewodniczką duchową, sprowadzoną do poziomu gotowego produktu, atrakcji, zjawiska idealnego do zrobienia sobie z nim fotki z tzw. rąsi. 
'Wielkie piękno' ogląda się niczym wspaniałe klasyki włoskiego kina. Jest trochę jakby zrobiony przez Felliniego, a w ostatniej fazie tworzenia, pokolorowany przez Baza Luhrmana. Sorrentino to jednak spryciarz - zaczerpnął co najlepsze od włoskiego mistrza i perfekcyjnie uniknął błędów Luhrmana. po prostu zachowując umiar. Nie da się również nie zauważyć, że film jest typowo męskim spojrzeniem - wyreżyserowany i napisany przez faceta, z punktu widzenia faceta również opowiadany. Gdy przyjaciółka Jepa oskarża go o mizoginizm, on odbija piłeczkę twierdząc, że nie jest mizoginem - jest mizantropem. 
'Wielkie piękno' to nie jest film, to doświadczenie. Nigdy wcześniej cynizm i rozczarowanie nie były tak bardzo odurzające. To film o życiu i śmierci, ale przede wszystkim o szukaniu rzeczy, które nadają temu wszystkiemu jakikolwiek sens. Oglądając go, nieraz pomyślisz, że trochę nudzi, że jest przydługawy, jednak po wyjściu z kina, z każdą kolejną godziną, która minie od seansu, Twoja miłość do tego filmu będzie rosła, i rosła, aż zaczniesz wstydzić się, że w ogóle mogłeś coś takiego pomyśleć. 



Wielkie piękno (2013) reż. P. Sorrentino

niedziela, 26 stycznia 2014

From Spike With Love?

Kilka lat temu Sofia Coppola nakręciła niezwykle smutny i przejmujący film o samotności, braku porozumienia i izolacji. Pomimo wielu kolejnych filmów, to właśnie 'Między słowami' pozostaje tym najbardziej osobistym i najtrafniej portretującym wyobcowanie i zagubienie jednostki we współczesnym świecie. W późniejszych wywiadach Coppola nie ukrywała, że wiele doświadczeń oparła na swoim życiu, a tworząc postać męża głównej bohaterki inspirowała się swoim byłym mężem, z którym rozstała się w roku premiery filmu. Był to swoisty list, który do niego napisała i na który dziś, po dziesięciu latach, dostaje odpowiedz. Pod owym listem podpis swój składa Spike Jonze, intrygująco tytułując go 'Her'.
W 'Her' analogii do filmu Coppoli jest wiele i są one widoczne gołym okiem. Już samo obsadzenie w roli Samanthy, głosu Systemu Operacyjnego, w którym zakochuje się bohater, Scarlett Johansson jest wymowne - aktorka grała również główną rolę w 'Miedzy słowami'. Ponadto cały ten klaustrofobiczny klimat, surowe i puste wnętrza, wielkomiejskie, bezduszne obrazy za wielkimi oknami przez które z nostalgią patrzą bohaterowie obu filmów, niewątpliwie są wspólnym ich mianownikiem. Przywołują skojarzenia z ogromnymi akwariami, za którymi dzieje się prawdziwe życie, ale tylko z pozoru. Bo świat tam jest również zabiegany, ludzie nie mają czasu ani chyba ochoty na kontakt fizyczny z drugim człowiekiem, nie chce im się nawet napisać samodzielnie listu czy kartki urodzinowej. W 'Her' robią to za nich maszyny i obsługujący je ludzie. Neonową stylistykę Tokio zastąpiła zamglona amerykańska metropolia przyszłości - równie chłodna i obojętna. Można by oczywiście powiedzieć, że Spike po prostu inspirował się filmem byłej żony, wszak to bardzo dobre dzieło, gdyby nie postać Catherine.
Catherine to była żona Theodore'a, którego poznajemy, gdy próbuje odbudować swoje życie po rozstaniu. Wcielająca się w tę postać Rooney Mara, niezwykle naturalna, całkowicie saute, do złudzenia przypomina Coppolę. I wydaje się, że ten z pozoru poboczny wątek filmu - na pierwszym planie jest relacja Theo i Samanthy - jest tak naprawdę sednem całej historii. Utrzymane w melancholijnym tonie liczne retrospekcje szczęśliwych chwil z Catherine ciągle przewijają się w głowie bohatera jako wyraz tęsknoty za tym co było. Wydaje się, jakby Spike chciał tym filmem powiedzieć, że dorósł, zmienił się, wiele rzeczy zrobiłby inaczej i nie popełniłby tych samych błędów. Jakby Coppola zadała dziesięć lat temu pytanie co poszło nie tak i dlaczego, a Spike filmem 'Her' jej na nie odpowiedział. Finalny monolog Theodore'a, list który 'pisze' do Catherine, to tak naprawdę list Spike'a do Sofii. List dojrzalszego i znacznie mądrzejszego mężczyzny, który zrozumiał bardzo wiele.
Podobnie jak w przypadku Theodore'a, który pisze listy w imieniu innych, pracą Spike'a jest przywoływanie własnych doświadczeń, ubieranie ich w uczucia i emocje obcych ludzi i finalnie przekazywanie nam w formie filmu. W każdej niemal scenie 'Her' widać, że tym razem tych osobistych przeżyć i emocji było znacznie więcej. Mimo, że porusza w nim kwestie przyszłości, miłości do systemów operacyjnych, zdaje się nie zwracać na to zupełnie uwagi. Traktuje związek Samanthy i Theodora jako coś najnormalniejszego na świecie. Świetne aktorstwo wąsatego Phoenixa w połączeniu z cudownym, przyprawiającym o dreszcze głosem Johansson sprawia, że wierzymy im bezgranicznie. Sposób w jaki aktorka wymawia imię bohatera sprawia, że chce się prosto z kina pobiec do odpowiedniego urzędu i zmienić imię na Theodore! Na uwagę zasługuje również wspaniała ścieżka dźwiękowa autorstwa Arcade Fire i wykonanie w filmie przez Johansson nominowanej do Oscara piosenki 'Moon song' - jednej z piękniejszych miłosnych ballad filmowych ostatnich lat!
Być może wszystko to, co powyżej przeczytaliście jest sporą nadinterpretacją. Nie zmienia to jednak faktu, że Spike zrobił naprawdę piękny, chwilami zabawny ale także dołujący i smutny film. Film, który swoim spokojem i melancholią krzyczy nam prosto w twarz jedną niezwykle istotną rzecz: nie ważne jak, nie ważne z kim, nie ważne gdzie - ważne żeby być zwyczajnie, po ludzku szczęśliwym. Natomiast takie domniemania, dywagacje nad tym, czy faktycznie jest to odpowiedz na film byłej żony, nam postronnym widzom dodają tylko ekscytacji podczas seansu. Warto bowiem przed obejrzeniem 'Her' przypomnieć sobie 'Miedzy słowami' i zobaczyć wspaniały i dojrzały dialog byłych kochanków w pełni.

Her (2013) reż. S. Jonze

środa, 22 stycznia 2014

Ludzie z blizną

Jest w tym filmie taka scena, gdzie jego główna bohaterka Grace, musi wraz z dwoma kolegami uspokoić rozwścieczoną podopieczną ośrodka, w którym pracują. Ojciec rozchwianej emocjonalnie nastolatki wystawił ją w jej urodziny i ta wpadła w furię. Podczas szamotaniny, na twarzy Grace ląduje muffinka, którą wcześniej podarowała nastolatce z okazji jej święta. Gdy po chwili udaje się uspokoić dziewczynę, jeden z współtowarzyszy Grace (prywatnie jej chłopak) pyta ją, jakby nigdy nic, jak jej smakowało ciastko. Grace patrzy na niego zmęczona. Delikatnie się uśmiecha. Dzieje się magia. Z jej twarzy znika całe napięcie, uchodzą z nich wszystkich negatywne emocje, rozładowują się.
Sceny jak ta, oprócz gęsiej skórki na plecach, sprawiają że film nabiera w naszych oczach szacunku i autentyczności. Delikatnie balansując na granicy emocjonalnego tornado i małych niedopowiedzeń, młody reżyser przedstawia nam kilka trudnych historii, dziejących się w obrębie tytułowego Short Term 12 - ośrodka dla młodzieży z problemami, po przejściach. Zastajemy ich, gdy do zespołu opiekunów dołącza nowa osoba. Grace wprowadzając 'nowego' udziela mu rad jak postępować z wychowankami. Mówi, że nie jest ani ich rodzicem, ani terapeutą. Jego zadaniem jest stworzenie im przyjaznego środowiska. Łatwo powiedzieć - trudniej zrobić. Młoda opiekunka bardzo szybko przekonuje się na własnej skórze, że niełatwo zachować dystans, zwłaszcza gdy w grę wchodzą tak silne emocje. Sama w życiu przeszła wiele, dlatego tak dobrze rozumie i dogaduje się z tymi dzieciakami, co widać w każdej scenie. Film jest prowadzony naprawdę dobrą ręką. Cretton, za każdym razem gdy historia ma szanse chociażby otrzeć się o banał, zrywa ją w zupełnie innym kierunku - zaskakuje. Piękna scena, gdy Jaden opowiada historię o rekinie i ośmiornicy jest najlepszym przykładem tego, z jaką łatwością i wyczuciem reżyser utrzymuje film pomiędzy powściągliwością i surowymi uczuciami. 
'Short Term 12' to film o bliznach. Bliznach niekiedy fizycznych, innym razem emocjonalnych ale zawsze dotykanych z czułością i zrozumieniem, że to głębokie rany. To film o bólu i gojeniu, izolacji i strachu, potrzebie i wściekłości. Sundance w absolutnie najlepszym wydaniu, z ciekawymi kadrami, mądrym scenariuszem i wspaniałą kreacją młodej Brie Larson, która od niedzieli ma nowego, wielkiego fana.

Short Term 12 (2013) reż. D. Cretton

sobota, 18 stycznia 2014

Gra wstępna

Lars, niczym rasowy donżuan, robi wszystko żeby zaciągnąć nas do łóżka. Obiecuje złote góry, szokujące przeżycia, rzeczy których nigdy wcześniej nie widzieliśmy i nie doświadczyliśmy w kinie. Jest pewny siebie, zna swoją wartość. Ma nad nami przewagę. Szybko ulegamy jego namowom, mimo że doskonale wiemy, że chodzi mu tylko o jedno. Na randce faktycznie zaskakuje, ale nie tym, czym obiecywał. Wszystkie bariery przełamał już wcześniej, szokować również nie za bardzo ma już czym. Zaskakuje więc poczuciem humoru, błyszczy inteligencją, pięknie opowiada. Uwodzi nas szybko. Zabiera do siebie. W mgnieniu oka zdejmuje z nas cały wstyd i jak na doświadczonego kochanka przystało, rozpoczyna długą i soczystą grę wstępną.
W dusznym studyjnym kinie, pełni ekscytacji i napięcia pocimy się, a Lars coraz ostrzejszymi scenami sprawia, że stajemy się wręcz mokrzy. Pieści nas namiętnie, doskonale wie co zrobić, żeby było nam dobrze.  Zgrabne ręce utalentowanego artysty bez trudu przyprawiają nas o gęsią skórkę. Pięknymi ujęciami łechce nasze zmysły estetyczne. Muzyką delikatnie skubie czubki naszych uszu, żeby po chwili ostentacyjnie włożyć do nich jęzor w postaci piosenki Rammstein na początku i końcu filmu. Penetruje naszą psychikę coraz większymi kontrastami, sprzecznościami, niewiarygodnymi historiami. Nie sili się na przekonywanie nas o ich autentyczności. Ustami tytułowej bohaterki Joe, posuwa się po kolejnych aktach tej seksualnej wyprawy. Opowiada.
Już pierwsze słowa opowieści Joe nakreślają jej tempo i nadają charakter postaci. 'Swoją "cipę" odkryłam w wieku dwóch lat' - zaczyna. Śmiejemy się nerwowo i wiemy, że to nie będzie grzeczna bajeczka. Bez eufemizmów, marnowania czasu - to zawsze jest jej "cipa" i nic delikatniejszego. Dla nastoletniej Joe seks jest grą, rodzajem buntu przeciw miłości, zabawą. Dla nieco starszej uzależnieniem, reakcją na stres. Lars wprowadza do filmu Seligmana, starszego mężczyznę, któremu  nimfomanka streszcza swoją fascynującą historię, jako swoisty katalizator, zmiękczacz. Szuka on w kolejnych wybrykach Joe numerologicznych wyjaśnień, albo porównuje je do koncepcji polifonicznej muzyki Bacha, wędkarstwa czy twórczości Edgara Allana Poe. Seligman jako obrońca niemal każdego haniebnego czynu nimfomanki znajduje wytłumaczenie nawet dla podniecenia w chwili śmierci jej ojca. O dziwo wytłumaczenie na tyle wiarygodne, że trochę je kupujemy. Wiemy bowiem doskonale, że reżyser inteligentnie sobie żartuje i sprawia, że się śmiejemy. Pozwalamy mu na to, a on daje nam do zrozumienia, że to tylko zabawa, nic poważnego, ale czy do końca?
Lars jest też czułym kochankiem. Pod całą tą kołdrą seksualnych uniesień i perwersji, przemyca w 'Nimfomance' odrobinę romantyzmu. Przewijający się przez cały film wątek Jerome'a - pierwszego kochanka, pierwszego zauroczenia Joe - symbolizuje miłość, tajemniczy składnik udanego seksu, satysfakcji. W tym kontekście słowa Joe: 'Wypełnij wszystkie moje dziury', mają wymiar znacznie bardziej metaforyczny i... głęboki niż mogłoby się wydawać. Po nich wiemy, że namiętna gra wstępna, którą jest pierwsza część 'Nimfomanki' to przedsmak filmowego orgazmu, który zapewni nam Lars dopełniając dzieła częścią drugą.

Nimfomanka cz. 1 (2013) reż. Lars von Trier